21959
post-template-default,single,single-post,postid-21959,single-format-standard,stockholm-core-1.0.8,select-theme-ver-5.1.5,ajax_fade,page_not_loaded,smooth_scroll,no_animation_on_touch,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.1,vc_responsive

Dzień w zakładzie pogrzebowym – Część 2

Spędzając dzień z właścicielkami zakładu pogrzebowego, pierwszy raz w życiu miałam styczność z osobą zmarłą. Szczerze mówiąc, bałam się takiego doświadczenia. Okazało się jednak, że warto było pokonać ten lęk.

 

***Ostrzegam, że poniższy tekst zawiera opis ciała osoby zmarłej. Jeżeli jesteś wrażliwa/y na ten temat, proszę zastanów się, czy chcesz czytać dalej.***

 

Na autostradzie nagle dopada mnie lęk. Co ja tu właściwie robię? Siedzę w karawanie, jesteśmy na drodze do szpitala, aby odebrać zmarłego mężczyznę. Jeżeli chcę pisać o zakładzie pogrzebowym, czy naprawdę muszę w tym uczestniczyć? Przecież nigdy w życiu nie widziałam martwego człowieka! Co, jeżeli zemdleję? Boję się.

 

Proszę Annę, która siedzi za kierownicą, żeby mi trochę opisała, co nas teraz czeka. Dla 24-letniej kobiety, która razem z matką prowadzi zakład pogrzebowy, jest to normalny dzień pracy. Tłumaczy mi, że najpierw trzeba odebrać kartę zgonu, na której znajduję się m.in. informacja o przyczynie śmierci. Zaznaczone jest też czy zmarły miał chorobę zakaźną i czy w związku z tym musimy się specjalnie chronić.

 

„Dopiero na miejscu dowiemy się, czy mężczyzna jest w chłodni, czy w specjalnym pomieszczeniu dla zmarłych, czy też leży jeszcze w łóżku. Do tego szpitala jadę pierwszy raz, więc nie wiem jaki u nich jest zwyczaj” – mówi Anna, parkując przed głównym wejściem. W recepcji dowiaduje się dokąd dokładnie mamy jechać, ja tymczasem czekam na nią w samochodzie.

 

Obserwuję, jak ludzie reagują na widok karawanu. Przy prawie każdej osobie, która mnie mija, widzę wyraz lekkiego przestraszenia w momencie dostrzeżenia pojazdu. Następnie większość zaczyna patrzeć w innym kierunku i udaje, że mnie nie widzi. Nikt nie patrzy mi w oczy. Nagle obok przechodzi kobieta, która spogląda na mnie z szerokim uśmiechem, a nawet do mnie macha. Dopiero po chwili zauważam, że ma zespół Downa.

 

To krótkie spotkanie dało mi do myślenia. Ciekawe, że ta kobieta weszła ze mną w miłą interakcję tak naturalnie i bez lęku, a wszyscy inni wydawali się przerażeni widokiem pojazdu, którym transportujemy ciała zmarłych. Zadaję sobie pytanie czy ten lęk jest zatem naturalny, czy też nauczyliśmy się go bez kwestionowania, czy jest w ogóle uzasadniony. Może tak samo powinnam kwestionować swój lęk przed widokiem zmarłego?

 

Anna i Petra razem prowadzą zakład pogrzebowy.

 

Wraca Anna. Już wie, gdzie zaparkować i otrzymała kartę zgonu, według której pan Adam* zmarł z powodu zawału w wieku 77 lat. Nie miał choroby zakaźnej, więc z medycznego punktu widzenia jego ciało nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia. Na korytarzu wita nas pielęgniarka i prowadzi do pokoju, w którym pan Adam zmarł i gdzie nadal leży w łóżku. Zbliżając się do drzwi, czuję jak trzęsą mi się ręce. Biorę głęboki wdech i wchodzę.

 

Promienie słońca padają przez zasłony na łóżko. Pan Adam leży na plecach – widać, że personel szpitala zadbał o niego po śmierci. Pod dłońmi złożonymi na brzuchu trzyma małego pluszowego królika. Na twarzy ma lekki uśmiech.

 

Wcześniej wyobrażałam sobie, że zmarły może wyglądać jak osoba, która głęboko śpi. Albo jak aktorzy, którzy grają trupy w filmach i potrafią leżeć bez minimalnego ruchu. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Pan Adam ewidentnie nie śpi. On nie żyje. Emituje spokój zupełnie innego wymiaru.

 

Zakładamy gumowe rękawiczki i razem z Anną przemieszczamy pana Adama z łóżka na nosze, na których umieściliśmy wcześniej worek. Anna pokazuje mi ruchy i chwyty, przy pomocy których ta czynność nie wiąże się z dużym ciężarem. Poza tym pan Adam jest raczej niski i chudy. Zamykamy suwak worka i pchamy nosze na stelażu na kółkach w kierunku wyjścia. Kiedy ciało pana Adama jest już w karawanie, żegnamy się z pielęgniarką, która towarzyszyła nam przez cały czas i teraz pokazuje, jaka jest wzruszona:

 

„Wiecie co, dziewczyny, jestem w szoku. Ale pozytywnym! Spodziewałam się poważnych panów w garniturach, a tu przyszły takie sympatyczne młode kobiety. Co za miła niespodzianka!”

 

Na drodze powrotnej Anna opowiada, że często spotyka się z taka reakcją, kiedy odbiera zmarłych. Wśród kolegów z branży pogrzebowej, która zdominowana jest przez mężczyzn, musiała wywalczyć sobie respekt. Dzisiaj ceniona jest za swój profesjonalizm i nawet regularnie wzywana przez inne zakłady pogrzebowe w szczególnie trudnych kwestiach, jak np. po wypadkach.

 

Anna jest wykształconym tanatopraktykiem. W Polsce ten zawód często nazywany jest  balsamistą. Taka osoba zajmuję się konserwacją ciała oraz jego rekonstrukcją w przypadku urazów. W Stanach Zjednoczonych balsamowanie zwłok jest standardem, prawie każde ciało zostaje zakonserwowane przed pogrzebem, aby zmarły wyglądał jak najbardziej „żywo”. W Anglii około 50% zmarłych trafia do balsamowania. Natomiast w Polsce jest praktykowane w wąskim zakresie.

 

Po powrocie do siedziby żegnam się z Anną, która resztę dnia spędza w innym zakładzie przy balsamowaniu, a ja zostaję z Petrą. Trzeba przygotować pana Adama do pogrzebu – w jego przypadku do kremacji. Przewozimy go do sali na tyłach budynku, która zwykle jest niedostępna dla klientów. Przypomina trochę salę operacyjną. W środku znajdują się dwa stalowe stoły. Na regałach leżą różne narzędzia medyczne.

 

Zanim przeniesiemy pana Adama na stół, Petra ostrzega mnie, że może on jeszcze raz wydyszeć: „Przy umieraniu oddychanie kończy się wdechem. Więc powietrze zostaje w płucach. Kiedy ruszamy ciało, może ono wyjść – i to całkiem głośno.” I faktycznie, kiedy przewracamy ciało na bok, żeby zdjąć ubrania, nagle słychać stękanie. Gdybym nie wiedziała o tym, pewnie bym spanikowała.

 

Zanim rozpoczniemy mycie, Petra ostrożnie wyciąga cewniki, które nie zostały usunięte w szpitalu i zabezpiecza rany. Ciało leżące przed nami wygląda krucho i trochę jak z wosku. Jest blade. A miejsca, które u żywego człowieka są różowe, jak np. usta, są lekko żółte. Na plecach i tylnej stronie nóg ma fioletowe plamy. Po śmierci krew już nie cyrkuluje, tylko ulega grawitacji i osadza się w najniższym punkcie ciała.

 

Przy wszystkich czynnościach Petra dużo mówi i tłumaczy, co teraz robi i dlaczego. Uspokaja mnie to, dzięki temu nie mam czasu za bardzo się zastanawiać, a moja niepewność nie przekształca się w lęk. Najbardziej podoba mi się, że Petra mówi nie tylko do mnie, ale też do pana Adama. Głaszcze go po głowie i uśmiecha się do niego: „Dobrze, kochany, zadbamy o Ciebie. Będzie ci dobrze.”

 

Dostaję zadanie umycia głowy, a Petra myje resztę ciała. Używamy do tego zupełnie normalnych produktów kosmetycznych – szamponu i żelu pod prysznic. Wmasowując piankę w włosy pana Adama, myślę o tym, jak dużą mamy w tej chwili odpowiedzialność. Ciało przed nami jest bezradne i bezbronne. Czuję obowiązek, żeby traktować je jak najlepiej, z szacunkiem i wrażliwością.

 

Ubieramy pana Adama w piżamę, którą przekazała nam jego rodzina. Przynieśli również z domu jego kołdrę, poduszkę i pościel, którą kładziemy do trumny. Kiedy pan Adam tam leży, trochę jak we własnym łóżku, przewozimy go do małej sali, w której rodzina później będzie mogła się z nim pożegnać. Petra mi mówi, że wykonałyśmy dobrą robotę. Pan Adam wygląda na wypielęgnowanego i zrelaksowanego. Fascynuje mnie, że na ustach cały czas ma lekki uśmiech.

 

W małej sali bliscy mogą pożegnać się przy otwartej trumnie.

 

Wszystkie czynności, które wykonałyśmy dla pana Adama, kiedyś były wykonane w ramach rodziny. Ludzie sami myli i ubierali swoich zmarłych. Dzisiaj dzieje się to za zamkniętymi drzwiami zakładów pogrzebowych. Profesjonalizacja tego obszaru życia pewnie ma wiele korzyści. Zadaję sobie jednak pytanie, czy nie doprowadziła ona do zwiększenia naszego lęku przed śmiercią.

 

Zanim wyruszę w drogę, Petra pokazuje mi osobę, którą przygotowała do pogrzebu dzień wcześniej. Otwiera drzwi do chłodni, a widok zmarłej kobiety chwyta mnie za serce. Ona jest w moim wieku. Zmarła na raka. Petra mówi, że brała niedawno ślub. Podobnie jak ja. Leży w trumnie, w swojej przepiękniej sukni ślubnej.

 

W tym momencie zalewa mnie fala emocji. Jakie to niepojęte i smutne. I jakie ja mam ogromne szczęście w życiu. Przecież w tej trumnie mogłabym równie dobrze leżeć ja sama. Ale mnie tam nie ma. Ja jestem tu. I żyję. Jaki to jest niesamowity dar.

 

* Imię zostało zmienione.

Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy(a).

Skomentuj