22376
post-template-default,single,single-post,postid-22376,single-format-standard,stockholm-core-1.0.8,select-theme-ver-5.1.5,ajax_fade,page_not_loaded,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.1,vc_responsive

Żałoba po śmierci zwierzęcia

Żałoba po bliskim zwierzęciu jest tak samo pełnoprawna jak po bliskim człowieku i wymaga przestrzeni. Karolina Kuszlewicz dzieli się swoim doświadczeniem żałoby po śmierci ukochanego psa. 

 

Umarła. Moja ukochana Koko. W poniedziałek 31 sierpnia. Przytulona, odprowadzana moimi słowami i łzami. Była najdzielniejsza, pokonała ostre zapalenie trzustki, ale wątroba nie wytrzymała. Wszystkie dni września były bez niej. Pierwszy pełen miesiąc minął. Nowy, inny, nieodwracalny. Jestem w żałobie i praktykuję swoje prawo do niej.

 

Co oznacza prawo do żałoby?

 

Dla mnie oznacza prawo do zatrzymania się w smutku, rozpaczy, tęsknocie, bólu po ukochanej istocie, która była najbliższym członkiem mojej rodziny. Przeżywania wściekłości. Do zatrzymania się tak, jak ja tego potrzebuję, niezależnie do kulturowych schematów, społecznych oczekiwań, czy naprawdę szczerze wypowiadanych rad. Dlatego od tamtego czasu nie blogowałam. Nie miałam siły reagować na bieżące zdarzenia, bo miało miejsce to jedno graniczne, wymagające najwyższego szacunku: śmierć najbliższej istoty.

 

Pisałam za to dziennik żałobny („Moje zwykle zadbane dłonie, nie są piękne. Mam obdarte skórki z napięcia. Jestem obolałym człowiekiem po stracie ukochanej istoty. Obolałym do kości” – oto fragment z 3 września). Wąchałam pozostałe po niej kłaczki, wpadałam w płacz, czekałam na nią, chodziłam na spacery w naszym lesie. Zwijałam się w bólu i rozkurczałam w obojętności. Czasem czułam dojmujący, wręcz kłujący w brzuchu brak, czasem zaś jej spokojną, osadzoną obecność w moim sercu. Umiem zebrać się w sobie, otrzepać, ruszyć do boju. Ale pomyślałam sobie, że o nieeee, nie tym razem. To jest mój czas żałoby.

 

Ktoś na instagramie napisał pod zdjęciem Koko „świat poczeka, pożegnanie nie”.

Mam dużo refleksji o stracie i odchodzeniu, zwłaszcza w kontekście utraty bliskiej istoty, która jest innego gatunku niż ludzki.

Polska jest w ogóle krajem, gdzie mało mówi się o śmierci. Tak, jakby to się nie wydarzało, a przecież dzieje się ciągle. Mamy szybko odżałować i wrócić do normy. Jeszcze szybciej, gdy żałoba dotyczy zwierzęcia. Jakże zresztą rzadko słyszy się w tym kontekście słowo „żałoba”. Raczej „umarł mi pies”.

 

Ale – mnie nie umarł pies, tylko najbliższy członek rodziny. Przecież nie mówi się, gdy umrze nam matka, brat, partner: „umarł mi człowiek”. Mam wrażenie, że w tym „umarł mi pies” zaszyte jest jakieś zgeneralizowanie, ograniczenie wymiaru indywidualnej straty dotyczącej niepowtarzalnej istoty i relacji, która była unikalna i w takim wymiarze już nigdy nie zaistnieje.

 

 

I nie, nie traktowałam jej jak członka rodziny. Ona była moją rodziną.

Rodzina bowiem nie musi być monolitem gatunkowym. Przeżywanie żałoby nie jest zaś przypisane tylko do straty drugiego człowieka. Gdy odchodzi bliski pies, kot czy inne zwierzę, ból jest także dramatyczny. Kluczem bowiem jest relacja, a nie przynależność gatunkowa.

Sądzę, że nie można postrzegać śmierci ukochanego zwierzęcia jako punktu. W poniedziałek się wydarzyła, a we wtorek do pracy. Często ten punkt to część procesu, poprzedzonego, jak u nas, chorobą, choć nagłą to wyczerpującą podczas 11 dni walki o jej życie, który trwa następnie długo po samym akcie fizycznego odejścia. Zostałam bowiem z cierpieniem i tęsknotą. Z pytaniami, czy mogłam coś zrobić wcześniej? Z wykończeniem fizycznym, gdy przez te 11 dni jeździłam każdego dnia do szpitala, w którym była (codziennie 150 km, czasem dwa razy dziennie). Z pustką. Z tym, że wszystko mi o niej przypomina.

Z jej oczami, które patrzyły na mnie, gdy zostawiałam ją podłączoną do kroplówki w klatce (!) i odjeżdżałam, choć tak bardzo czułam jej samotność. Ze stanem na wyparciu, w którym wciąż wydaje mi się dużo bardziej oczywiste, że zaraz otworzą się drzwi i usłyszę, jak drepcze do mnie niż to że jej nie ma. Z tym, że czasem szukam palcami jej łapek. Mój organizm intuicyjnie szuka jej żywej, nieobecność jest sztuczna. Wewnętrzna walka. To wszystko się dzieje i jestem przekonana, że mamy prawo mieć czas, by to przeżyć.

Czytałam niedawno wywiad z Marią Janion. Opisywała, jak się czuje po śmierci swojej najdroższej przyjaciółki, prof. Marii Żmigrodzkiej:

 

„Jest we mnie jednocześnie ukojenie, ponieważ mam ją w sobie, i rozpacz, gdy pamięć się rozmywa, rozprasza”.

 

We mnie też. I z pewnością i w innych, którzy przechodzą to nieustanne pożegnanie, odnawiające się, wymagające codziennej pracy, by się żegnać, ale nie stracić zupełnie. Do tego nie nadają się czasowniki w trybie dokonanym, żadne ostateczne sformułowania, mimo, że przecież sprawa dotyczy kwestii bardzo ostatecznej. To ciągłe balansowanie pomiędzy byciem blisko umarłej, a byciem blisko żywych.

Myślę także dużo o towarzyszeniu w odchodzeniu bliskiej istocie. O tych chwilach, gdy wciąż jakieś przebłyski nadziei walczą z pytaniem „czy to już? Czy już mam pozwolić jej odejść?”. U nas było tak niemal do końca, bo ona cały czas walczyła. Ostatnie kilkanaście godzin spędziłyśmy razem, bez przerwy. Weszłam do niej do szpitala o ok. 15 i byłam z nią do 7 rano następnego dnia. To był czas ogromnej miłości. Gdy już raczej wiadomo, że się nie uda, ale ona wciąż pokazuje, że jeszcze nie. Uważam, że to są godziny, które warto wykorzystać.

 

Nie decydować o eutanazji przedwcześnie, ale też nie pozwolić jej cierpieć.

Uszanować jej prawo do życia, do odchodzenia i do pożegnania się. Zabezpieczyć przed bólem i pozwolić się sobą wzajemnie cieszyć, już bez rozłąki, w poczuciu bezpieczeństwa.

Te kilkanaście godzin to czas wspólnego leżenia, przytulania, merdania ogonem na każde moje słowo, dawania mi całusów w nos. A potem wzięcia jej na ręce, najczulej jak się da, wiedząc, że to już. Wiedząc sobą, wiedząc od niej i co bardzo dla mnie ważne – mając potwierdzenie lekarza. Dalej już nie możemy iść razem. Pora odejść. To najtrudniejsze chwile, jakich można doświadczyć. Graniczne, ale też głębokie. Eutanazję uważam za dobrodziejstwo, bo cierpienie nie uszlachetnia wbrew temu, co się nam wmawia. Gdy jednak dotyczy ona innego zwierzęcia niż człowiek, fakty są takie, że podejmujemy decyzję za tę istotę. Trzeba ogromnej uważności i bliskości, porozumienia. W tej całej rozpaczy i trudach, cieszę się, że pozwoliłam sobie tego tak świadomie doświadczyć i być z nią cały ten czas. Iść za tym, co pokazuje.

 

 

Po co to piszę?

Bo chcę wyrazić publicznie, że strata bliskiej istoty to bardzo poważna sytuacja. Zwłaszcza, gdy poprzedzona jest walką o wyleczenie (pochłaniającą psychicznie, fizycznie i… finansowo). Człowiek pozostaje potem w żałobie, wymęczony.

 

Żałoba po bliskim zwierzęciu jest tak samo pełnoprawna jak po bliskim człowieku i wymaga przestrzeni.

 

Chcę, byśmy jako społeczeństwo zauważyli ten moment i z należytą powagą się do niego odnosili, a także, byśmy robili przestrzeń osobie w żałobie. Gdybym pracowała na etat, musiałabym po tym, jak towarzyszyłam Koko w odchodzeniu, pójść do pracy na ósmą, czy dziewiątą. Ewentualnie wzięłabym urlop na żądanie, ale systemowo moja strata i mój czas żałoby pozostałyby niewidzialne. A przecież ja potrzebowałam (i wciąż potrzebuję) spokoju i czasu dla siebie. Moim wpisem chcę zatem zrobić miejsce dla tego tematu w debacie publicznej. Dla wszystkich poranionych, obolałych ludzi, którzy towarzyszą swoim bliskim istotom w odchodzeniu. Bądźcie dla siebie tak cierpliwi i opiekuńczy, jak dla zwierząt, które kochaliście. Ja się tego uczę.

Ps. Napisałam powyższy tekst 2 tygodnie temu, ale nie miałam jeszcze siły, by go opublikować. To właśnie jest żałoba.

 

Tekst został pierwotnie opublikowany na blogu www.wimieniuzwierzat.com
Prawa autorskie w całości należą do Karoliny Kuszlewicz.

 

O autorce: KAROLINA KUSZLEWICZ

Facebook / Instagram

Adwokatka, edukatorka i publicystka. Zajmuje się na co dzień ochroną zwierząt. W swojej pracy łączy prawo z wrażliwością. Autorka bloga www.wimieniuzwierzat.com. W 2017 r. nagrodzona pierwszym miejscem w rankingu „Rising Stars – Prawnicy Liderzy Jutra”. W 2019 r. ukazała się jej książka „Prawa zwierząt. Praktyczny przewodnik”, wyd. Wolters Kluwer. Aktualnie pracuje nad komentarzem do ustawy o ochronie zwierząt. Należy do Komisji Legislacyjnej i Zespołu ds. Kobiet przy Naczelnej Radzie Adwokackiej.

 

8 komentarze
  • Monika

    8 października 2020 o godz. 19:17 Odpowiedz

    Jak bardzo potrzebowałam tych słów… tego zapewnienia, że żałoba po czworonogu to prawidłowy stan. Akurat dziś mija 5 miesięcy od śmierci mojego kota i 4 miesiące od śmierci kotki. Podwójna żałoba, której się wstydziłam, przed którą się broniłam. Która zmieniła mój świat i zaprowadziła na psychoterapię. Której moje otoczenie nie rozumie… Dziękuję za ten artykuł. Dużo dobrego!

  • Ania

    8 października 2020 o godz. 21:11 Odpowiedz

    Pięknie napisane …

    • Ania

      16 października 2020 o godz. 11:47 Odpowiedz

      Dziękuję za ten tekst!!! 13ego października odszedł mój największy przyjaciel, mój ukochany psiak, po 15 wspólnie przeżytych latach. Nie umiem sobie z tym poradzić. Cały czas mam wrażenie, że jest ze mną, że słyszę stukot jego pazurków po podłodze, że leży zwinięty w precelek na swoim legowisku. Potem uświadamiam sobie, że go tam nie ma i obezwładnia mnie myśl, że jest gdzieś daleko sam i może się boi, zawsze był moim cieniem, tuż obok mnie, wszędzie razem, a teraz jest sam i może gdzieś tam rozpaczliwie mnie woła i na mnie czeka… Nie wiem jak sobie z tym poradzić…

  • Ania

    8 października 2020 o godz. 21:11 Odpowiedz

    Pięknie napisane…

  • Krystyna

    9 października 2020 o godz. 08:43 Odpowiedz

    3 pazdziernika odeszla Nuka, Moja Najkochansza Przyjaciolka. Byla ze mna blisko 20 lat, zawsze razem, zawsze w myslach, wciaz nie moge uwierzyc, ze to, przed czym bronilam nas przez ostatnie lata, nastapilo. Bardzo dziekuje, ze opisalas dokladnie to, co czuje. Cierpie, tesknie, czuje pustke, zal do siebie, milosc.

  • Monika

    13 października 2020 o godz. 19:27 Odpowiedz

    Hera, wilczyca, wychowała moje dzieci, nauczyła je chodzić, była bardziej wyrozumiała, cierpliwa i łagodna dla nich niż ja.
    Pokonał ją rak, wredny, siejący z wątroby, niszczący po kolei wszystko. Nie umiałam podjąć decyzji o tym, by pomóc jej odejść. Nasza Pani Doktor opierdoliła mnie serdecznie za mój egoizm, brak empatii, nazwała egoistyczną sadystką, bo przedłużam mękę cierpiącemu zwierzęciu, które mi ufa. Herutek odszedł spokojnie, pozostając w pamięci. Kochałam ją. Rok opłakiwałam, tęsknię do dziś.
    Beza, labradorka, żyła krótko, tylko 10 lat, bo zjadł ją rak płuc w dwa miesiące od rozpoznania. Była chodzącą miłością. Bezwarunkową, bezgraniczną, cichą i radosną. Nauczyła nas więcej o miłości, niż ktokolwiek. Takiej, co to cierpliwa jest, nie szuka swego, nie pamięta urazy, wszystko znosi. Nauczyła nas, że miłość jest wymagająca, potrzebuje stawiania granic ale nigdy nie ocenia i nie odrzuca. I gdy łapy przestały dawać radę a ból przyćmił oczy nie czekałam na opierdol.
    Dałam leki przeciwbólowe i poprosiłam Panią Doktor o pomoc. Bezia odeszła głaskana, z głową na moich kolanach, jak zawsze, gdy zmęczona po spacerze przychodziła po miziaki.
    Minęły już dwa lata ale każdego dnia mi jej brakuje, widzę kątem oka merdający czarny ogon i wydaje mi się, że zaraz przybiegnie, bo przecież drapię łyżką w garnek i może coś spadnie?

    Ptysia, moje mruczące śliczne 3 kilo słodyczy wygrzewa bolące miejsca, tuli się, gdy wszystko wokół jest do ..pupy i w nosie ma, że trzeba teraz natentychmiast coś strasznie ważnego robić.
    Strasznie ważne jest głaskanie kota.
    Okrutnie pilne jest turlanie kotu kulki z folii aluminiowej.
    Wymruczenie choroby jest niecierpiące zwłoki.
    Spieszmy się kochać, zwłaszcza tych futrzastych członków rodziny. Dajmy też sobie prawo do prawdziwej żałoby, bo ból po stracie kogoś, kogo się kochało jest zawsze prawdziwy, potrzebujemy czasu (łez, wykrzyczenia się, zdrętwienia z bólu, powąchania jeszcze niewytchłego kocyka, trzymania pół dnia schechłanej piłeczki).

  • Anna Chorzelska

    13 października 2020 o godz. 22:32 Odpowiedz

    Dziękuje za ten artykuł. Jeszcze nie minął miesiąc od śmierci mojej kotki Mamby. Urodziła ja dzika kotka w moim ogródku i od tej pory żyła u nas przez 11 i pół roku. Od czerwca intensywnie leczyliśmy ją na nerki i anemię. Wyniki krwi bardzo się poprawiły i wtedy niespodziewanie przejechał ją samochód koło naszego domu. Jest mi ciagle bardzo ciężko.

  • Natasza Ossowska

    28 października 2020 o godz. 16:05 Odpowiedz

    Dziękuje… dziękuje za ten wpis.
    Za 4 listopada mija rok odkąd straciłam moja rodzine, Przyjaciółkę.
    Mieszkam w UK sama, Mia była dla mnie wszystkim.

    Ciężko jest być w tym świecie gdzie ‚przecież To tylko pies, kup nastepnego’ roztrzaskuje na milion kawałków po raz kolejny.

    Myślałam, ze żałoba zajmie pare miesięcy… im bliżej daty tym gorzej.

Skomentuj